Rozdział 1
Przez Struciny przebiega droga krajowa do Poznania,
ale niewielu przejezdnych raczyło się zatrzymać i
zwiedzić urokliwą miejscowość. W centrum znajduje
się niewielki rynek z brukowaną nawierzchnią, gdzie w sobotnie poranki miejscowi rozkładali stragany z
własnymi wyrobami, a starsi mieszkańcy
przesiadywali na ławkach rozmawiając o wszystkich
wokół. Obok rynku stoi zabytkowy ratusz, w którym
mieści się biblioteka. Ulice wąskie i wygięte, oplatały
miasto jak korzenie wieloletniego drzewa. Domy stały
blisko siebie, jakby ściśnięte w jedną grupę, a nad nimi górowały stare kamienice, mieszczące
wielopokoleniowe rodziny. Tutaj na miejscu znał się
każdy, przynajmniej z widzenia, choć od kilku lat
miasto starzało się coraz bardziej. Młode osoby, w
wieku licealnym lub idące na studia już dawno
opuściły miasteczko, odwiedzając je tylko nocami lub
w weekendy. Strucinami rządził burmistrz z pomocą
radnych, głównie tych samych od lat. Miasto było z
południowej strony otulone gęstymi lasami, z
obeliskiem i krwią dawno wsiąkniętą w glebę. Życie
toczyło się tutaj w dzień, tak aby w nocy mieszkańcy
zasłonili zasłony i obudzili się następnego poranka.
Miejscowy kościół stał na uboczu, tak jakby
dystansował się od zwykłego, przyziemnego życia
mieszkańców. Ceglany, ciężki budynek z wysoką
więżą, którą widać było praktycznie z każdego miejsca w miasteczku. W domu parafialnym na drugim piętrze w mieszkaniu zajętym przez wikariusza unosił się kwaśnawo słodkawy zapach rozkładu. Najedzone muchy uderzały o szybę, nie pamiętając że wleciały tutaj otwartym oknem znajdującym się w kuchni. Było lato, a na dworze bez chwili wytchnienia temperatury w dzień osiągały do trzydziestu stopni.
••••••••
Był piątek, a w tym tygodniu wieczorne msze
przypadały wiekowemu proboszczowi parafii pod
wezwaniem Jana Chrzciciela w Strucinach. Kazimierz
od zawsze uważał, że został do tej misji powołany
przez samego Boga. Od małego chłopca był gorliwie
wierzący i tylko choroby powodowały, że opuścił w
życiu jakiekolwiek nabożeństwo, co napawało dumą
jego rodziców. Pleban miał świadomość, że coraz
mniej młodych ludzi uczęszcza do kościoła i udzielał
coraz rzadziej ślubów i chrztów, ale wrodzony optymizm zawsze podpowiadał mu, że to jedynie etap przejściowy i każdy w końcu wraca do domu bożego. ,,Jak trwoga to do Boga" – pomyślał wchodząc do niewielkiej zachrystii. Od wielu lat miał wiernego kościelnego Adama, który aż do emerytury obiecał pomagać przy mszach. Siedząc i słuchając pierwszego czytania rozglądał się po wiernych, tych samych od wielu lat. Dokładnie wiedział kto z nich odchodzi z tego świata, bo sam chował ich jeden po drugim na miejscowym cmentarzu, na którym zaczynało brakować wolnego gruntu. ,,Po mszy odwiedzę wikarego Damiana, mam nadzieję że znajdzie chwilę na wspólną modlitwę".
Po odprawionej mszy tak jak sobie w duchu obiecał
udał się do domu parafialnego. Wikariusze zajmowali
mieszkanie na drugim piętrze, a po drugiej stronie
znajdował się jego dom, o wiele za duży dla niego
samego. Gdy z trudem wspiął się po schodach do jego
nozdrzy dotarł niepokojący zapach, którego nie umiał
do niczego przypisać. Smród był tak uporczywy, że
poczuł jak wdziera się w każdą cząstkę jego ciała. Nie
mogąc wytrzymać Kazimierz zakrył usta i nos
materiałową chusteczką, którą zawsze nosił ze sobą w
sutannie. Podszedł do drzwi i mocno zapukał, ale nikt
nie odpowiadał. Z pęku kluczy, które miał przy sobie
znalazł zapasowy,, włożył do zamka i przekręcił. Z
mieszkania buchnął jeszcze intensywniejszy zapach,
do którego doszły jeszcze dziko latające muchy.
Wiedziony najgorszym przeczuciem pospieszył do
pokoju dziennego i w momencie gdy zobaczył źródło
zamieszania czym prędzej uklęknął i zaczął głośno
wypowiadać ,,Ojcze nasz’’.
••••••••
W komisariacie na ulicy pszczelej panował błogi
spokój. W Strucinach zatrudnionych było sześciu
policjantów i każdy miał przydzieloną na dyżury swoją parę. Przestępczość w tym mieście obejmowała
pijackie awantury domowe i ewentualne wezwania o
odwiezienie wiecznie tych samych ludzi, którzy akurat zasnęli tam gdzie nie powinni w miejscach
publicznych. Dzisiaj dyżur miała Monika Struś i
Krzysztof Folt. Siedzieli przy akompaniamencie radia
z antenką i uzupełniali raporty z ostatnich interwencji.
- Czy u Kamińskich kiedyś się uspokoi? - Monika
spytała bardziej siebie, niż partnera.
- Słuchaj, a co Ty byś tu robiła gdyby nie tacy ludzie,
hm? - zaśmiał się Krzysiu, dalej energicznie pisząc na
klawiaturze podłączonej do starego PCTa, którego
mieli już od pięciu lat.
- Nie czujesz, że się nie rozwijamy? Ciągle jedno i to
samo. Jak nie dzwoni Kamińska, to zaraz odzywa się
Molewska, że Stasiu znowu wrócił do domu pijany i
się awanturuje. Kota idzie dostać na głowę.
- Nie narzekaj Monia, bo w takiej Warszawie byś
błagała o monotonie i spokój jaki masz tutaj. Jeśli już
naprawdę się wypalisz to pomyślimy o twojej wielkiej
karierze chicagowskiego gliny – zaśmiał się i po
skończeniu raportu poszedł nalać sobie kawy z
przelewowego ekspresu w kuchni.
Dochodziła dziewiętnasta, a Monice przymykało się
już oko. Rozłożona na fotelu zaczynała odpływać w
upragniony sen. Z odpoczynku wyrwał ją odgłos
dzwoniącego telefonu na jej biurko. ,,Cholera jeśli to
znowu Kamińska to się powieszę." Wzięła głęboki
oddech i odebrała.
- Komisariat w Strucinach, słucham? - starała się, żeby
jej głos brzmiał jak najbardziej służbowo. Rozmówca
zaczął tak szybko mówić, z przerwami na ciężki
oddech, że ciężko było cokolwiek zrozumieć – proszę
mówić wolniej, nic nie rozumiem.
- Przyjedźcie do kościoła, mówi proboszcz. Chodzi o
Damiana, pospieszcie się – poznała po głosie, że
dzwonił miejscowy proboszcz. Połączenie zostało
przerwane, a Monika odkładając słuchawkę pobiegła
do kuchni.
- Krzysiu, zbieraj się! Musimy jechać do kościoła, było wezwanie – krzyczała, bo udzielił jej się niepokój, który usłyszała w głosie Kazimierza.
- Dobrze, nie krzycz, jestem gotowy i możemy jechać
– z kuchni wyszedł zaskoczony policjant. W tej
miejscowości raczej ciężko było o prawdziwe
zbrodnie, więc po wielu latach służby podchodził do
zgłoszeń z chłodną kalkulacją i dystansem.
Gdy zajechali pod dom parafialny zobaczyli
czekającego pod nim proboszcza. Oświetlony
reflektorami wyglądał jak ktoś kto wyskakuje w nocy
przed auto na ciemnej ulicy. Monika poczuła niepokój, który ostatni raz czuła na samym początku pracy w policji.
- Proszę księdza co się dzieje? - szybko pobiegła w
stronę ciężko oddychającego proboszcza. Łapczywie
łapał powietrze i trzymał rękę na sercu.
- Czy potrzebuje ksiądz lekarza? - spytał Krzysztof,
stając obok Moniki.
- Jest na górze. Idźcie tam, ja już nie dam rady. To
świętokradztwo – wyrzucał z siebie słowa pomiędzy
głębokimi wdechami.
- Dobrze, ja pójdę, a Monika wezwie lekarza i
poczekacie tu razem – zarządził bez wcześniejszego
uzgodnienia i pobiegł schodami na górę.
Na klatce schodowej panowała ciemność, ale udało się wymacać na ścianie włącznik i pomieszczenie
rozświetliło się mdłym żółtawym odcieniem.
,,Kapłańskie oszczędności" – pomyślał oceniając
wnętrze. Po chwili znów wdrapywał się po schodach
na górę. Od progu czuł kwaśnawy zapach, ale zanim
nie dotarł do drzwi mieszkania nie wyciągał
pochopnych wniosków. Popchnął drzwi od mieszkania, które były pół otwarte i po przekroczeniu progu poczuł ucisk w żołądku. Zawartość kolacji niebezpiecznie zaczęła zbliżać się do przełyku, ale w ostatniej chwili opanował nadchodzące wymioty.
- Halo, czy jest tu ktoś? - zawołał z ręką na nosie.
Odpowiedziała mu cisza, więc po kolei zaczął
sprawdzać pomieszczenia. Po prawej znajdowała się
niewielka kuchnia, po lewej pokój z łóżkiem i na
przeciwko łazienka. Ostatnim pokojem był salon, z
którego teraz do uszu Krzysztofa dotarło brzęczenie.
Po odnalezieniu w sobie odwagi szybko wszedł do
salonu, a to co miał przed oczami, przeszło jego
najśmielsze oczekiwania. Z fotela patrzyły na niego
puste, zakrwawione oczodoły.
••••••
Z okna na piętrze domu widać dokładnie kościół i
znajdujący się za nim dom parafialny. Czasami
przychodzę tu popatrzeć jak ludzie wychodzą po mszy z
kościoła. Ja nie chodzę już od lat, bo nie rozumiem
Boga. Widzę z okna, że na dziedzińcu stoi stary klecha
z młodą policjantką, a ten drugi pobiegł na górę.
Zaczyna mnie z ciekawości swędzieć za lewym uchem.
Na parapecie obok mnie siedzi dziewczynka, ta z
wywiniętymi do środka oczami. Zaczyna nucić swoją
piosenkę i patrzy co jakiś czas na mnie tymi swoimi
białkami. Mieszka ze mną, nie wiem od kiedy, po
prostu pojawiła się po śmierci matuli i została. Zawsze
jest ubrana w to samo, w kraciastą sukienkę z
falbaniastym kołnierzykiem, nosi na głowie dwie kitki i
nigdy nie rośnie. Czasami nie lubię jej śmiechu, bo jest
taki głośny i piskliwy, poza tym mi nie przeszkadza.
,,Tomek, a wiesz, że oni go już znaleźli?" - zapytała
mnie dziecinnym głosikiem. ,,Ale kogo znaleźli
dziewczynko?". ,,Tego księdza młodego, pamiętasz go?
Spojrzał na nas krzywo jak byliśmy na spacerze i z
bliska chciałeś zobaczyć figurę tej kobiety tam." -
wskazała swoim palcem na figurę Matki Boskiej, którą
postawili przy fontannie. Widać, że dziewczynka nie
jest z katolickiego domu. ,,Pamiętam, pamiętam ale
nadal nie wiem o czym mówisz, tak szczerze." Patrzę
na nią wyczekująco, bo wiem, że ona coś wie, tak jak
zawsze. Przynosi nowiny o ludziach, wie kiedy i gdzie
dzieje się krzywda w Strucinach. ,,Oni tu przyjdą, oni
tu przyjdą." - zaczęła głośno mamrotać, wybuchając
przy tym swoim piskliwym śmiechem. Zerwała się na
nogi i wybiegła z pokoju, więc zostałem sam na
punkcie obserwacji. Do starego właśnie przyjechała
karetka i gdzieś go zabierają, a młoda policjantka
zniknęła w domu parafialnym. Czasami żałuję, że nie
mam super mocy, na przykład takie wyciągane ucho by
się przydało co by pobiegło szybko i podsłuchało co się
dzieje w środku. Nic więcej nie mogę zrobić, tylko
czekać na nich, w końcu dziewczynka twierdziła, że się
zjawią. Może uznają, że jestem kluczowym świadkiem,
bo akurat mogłem coś widzieć z okna. Usłyszałem
syreny i nagle na dziedzińcu pojawił się jeszcze jeden
radiowóz i karetka. Aż zacząłem pocierać ręce z
podniecenia. ,,Co się dzieje?" - usłyszałem za sobą
głos twarzyczki. Nazywam tak moją współlokatorkę,
która pojawiła się mniej więcej w tym samym czasie co
dziewczynka. ,,Jeszcze nie wiem kochana, ale mam
nadzieję, że niedługo się dowiem". Odwróciłem się i
zobaczyłem piękną twarz, która nigdy się nie porusza.
Podeszła tak blisko, że o mało nie dotknąłem jej nosa.
Patrzyła na mnie swoimi zielonymi jak szmaragdy
oczami, które nigdy nie mrugają, a ona nie okazywała
uczuć, ale ja wiem że je ma. ,,Patrz, wynoszą czarny
worek". Podeszła do okna, położyła dłoń na szybie i
ułożyła palce w trójkąt gdzie dokładnie w środku
znajdowało się to o czym mówiła.. Na oko wielkości
ludzkich zwłok, więc to na pewno ciało. Swędzenie za
uchem wzmogło się i wiedziałem, że się zaczyna, to co
już nadchodziło. ,, Patrzą na Ciebie" – powiedziała
twarzyczka i znowu wbiła we mnie wzrok. Tak jak
dziewczynka mówiła, oni niedługo tu będą.
